Klasycznie brodziliśmy na bosaka w wodzie z podwiniętymi do kolan spodniami i butami w dłoniach uciekając przed co śmielszymi falami w poszukiwaniu miejsca na grajdołek i opalanie. W czasie tego błogiego spaceru wzrosło nasze poczucie bezpieczeństwa, gdyż co jakieś sto metrów stoi pięknie zbudowany i ubrany na czerwono ratownik lub ratowniczka i wpatruje się czujnie w toń. Łamie przy tym wszystkie stereotypy, którymi zdążyliśmy nasiąknąć nad Bałtykiem, względnie oglądając zagraniczne seriale: nie jest pijany, nie otacza go wianuszek wielbicielek (wielbicieli), nie ma gigantycznych piersi i nie biega w zwolnionym tempie.
O. się opalała a ja łaziłem z aparatem po piasku, gdyż w przeciwieństwie do niej, która hebanem swojej skóry przyćmiewa okolicę od słońca nie brązaowieję tylko różowieję, względnie czerwienieję a wtedy trzeba już kwaśnego mleka na oparzenia. Minęły nam w De Panne błogie ze dwie godziny gdy sina chmura nad Francją (w każdym razie z tamtego kierunku) wygoniła nas z grajdołka i nieomal w ostatniej chwili zdążyliśmy przed ulewą kupując bilety na tramwaj do Ostendy. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wzdłuż całego belgijskiego wybrzeża od De Panne aż do Kokke jeździ tramwaj. Nie pociąg podmiejski, żadna kolejka - tramwaj. Jak się komuś znudzi jedna plaża to jedzie dwa przystanki na inną.
Droga do Ostendy trwała nieco ponad godzinę, a tam drugi cel wyprawy: wielkie statki - gdyż Ostenda sporym portem jest. Napatrzyliśmy się na okręty i zjedli to o czym każde marzyło (jedno po cichu a drugie głośno): ja frytki z majonezem (dużą tutkę) a O. całą tackę owoców morza. Dałem się przekonać do spróbowania kilku robali, które okazały się wcale smaczne. Takie wyznanie z moich ust kilku czytelników tego tekstu uzna rodzaj przełomu, ale cóż - posłużę się banałem: tylko krowa nie zmienia poglądów.
Każde szanujące się miasto portowe ma molo. Takoż i Ostenda - długie, wsparte na grubych, sczerniałych i obrośniętych skorupiakami palach. Jego koniec zaanektowali wędkarze hurtownicy. Każdy miał przynajmniej po pięć wędek. Balustrada, o którą się opierały wyglądała jak reling statku poławiającego tuńczyki - żadnego okazu jednak przy nas nie wyciągneli.
Wbiliśmy się w miasto, które ani architekturą ani atmosferą nie pociąga. Trafiliśmy na ulicę handlową, która z powrotem zaprowadziła nas nad morze z sinym niebem nad horyzontem. Deszcz znowu nas gonił. Spokojnym krokiem pomaszerowaliśmy więc w stronę stacji kolejowej. Gdy tylko zasiedliśy wygodnie w Intercity do Brukseli w szyby wagonu uderzyły pierwsze krople wody.

Życie wraca do morza? Plaża w De Panne

