sobota, września 30, 2006

Asturias

Asturia (Asturies) to okręg autonomiczny w północnej Hiszpanii leżący nad Zatoką Biskajską (zwaną tam Morzem Kantabryjskim) między Galicją a Kantabrią. Asturyjczycy posiadają własny język a co za tym idzie silne poczucie odrębności od reszty Hiszpanii. Swoją wyjątkowość datują już od wczesnego średniowiecza kiedy ich kraj jako jedyny na półwyspie oparł się islamskiemu podbojowi. To własnie stąd ropoczęła się także rekonkwista zakończona wygnaniem ostatnich hiszpańskich muzułmanów (Morysków) do Afryki w XVI wieku. Astruria jest krajem wysokich gór (najwyższy szczyt Torrecerredo 2648 m. npm) oraz pięknego klifowego wybrzeża.

Kilka tygodni temu włócząc się w okolicy Grand Place usłyszałem dźwięk kobz i werbli. Klapka w głowie zaskoczyła: Szkoci. Kobziarze, którch zobaczyłem nie mieli jednak spódnic, a na werblach grały kobiety. Orszak przemaszerował przez brukselski rynek i skierował się na pobliski Plac Hiszpański (z pięknym pomnikiem Don Quixote i Sacho Pansa), gdzie właśnie rozpoczynał się asturyjski festyn. Cały plac pełen atrakcji; kuchnia, muzyka, tak zwane rękodzieło, zabawy dla dzieci. Dźwięk kobzy grającej do wtóru werbli brzmi dla mnie jakoś szczególnie, więc zaintersowała mnie orkiestra kobziarzy i innych muzykantów złożona jak się okazało głównie z nastolatków, którzy po obsłużeniu orszaku nie mieli dość i dalej, już "dla sportu" tańczyli i grali popijając wino jabłkowe (sidra). Jest ono gazowane tuż przed spożyciem w ciekawy sposób: nalewa się je do szklanki trzymanej jedną reką na wysokości kolana podczas gdy drugą rękę z butelką należy wyciągnąć jak najwyżej nad głowę. Trochę się przy tym porozlewa, ale efektem jest orzeźwiający, musujący napój.

Na koniec chciałem tylko powiedzieć, że wrażenie zrobili na mnie ludzie, którzy mając po kilkanaście lat ubierają się w tradycyjne stroje, uczą się tańczyć, śpiewać czy grać na kobzie i widać było, że sprawia im to prawdziwą frajdę. Spodobało mi się też to, że asturyjska gromada mieszkająca w Brukseli potrafiła się zorganizować i wysilić by urządzić takie święto właściwie tylko dla siebie. Byłem na placu jednym z niewielu cudzoziemców podczas gdy Belgowie i gromady turystów przewalający się opodal między Manneken Pis a rynkiem i kupujący czekoladki oraz "200-rodzajów-piwa" jakoś nie wykazywały zainetersowania.


Asturyjski orszak między brukselskim rynkiem a Placem Hiszpańskim


Nie wiem czy ten pan jest szewcem czy stolarzem. W każdym razie robi buty z drewna. Powstaje obuwie podobne do tego, które na obrazkach mają rumiane holenderskie dojarki. Na koszulkach chłopców nadrukowany jest asturyjski herb.


środa, września 27, 2006

Bez komentarza. Nr 5


Bruksela. Wrzesień 2006

wtorek, września 26, 2006

300 km/h

Na specjalnym odcinku torów między Kolonią i Frankfurtem specjalny pociąg ICE rozpędza się do 300 km/h. W środku trudno to odczuć, może jedynie uciskiem w uszach gdy maszyna wpada do tunelu. Wpatrywałem się w komputerowy wyświetlacz na korytarzu oczekując na czarodziejskie 300 i zacząłem zastanawiać się jaka potężna technologia i złożoność kryje się za tym by kilkudziesięciometrowe cygaro rozpędzić do tej prędkości a w dodatku setkom ludzi wewnątrz zapewnić bezpieczeństwo i komfort. Po kilku chwilach ciekawość ustąpiła miejsca oszołomieniu i rezygnacji. Poprzestałem na trochę wymuszonym przekonaniu, że gromada konstruktorów, która latami budowała tą maszynę zrobiła to dobrze i że za godzinę wysiądę spokojnie na swojej stacji. Posługujemy się dziesiątkami urządzeń, których zasad działania nie rozumiemy i nawet nie próbujemy. Całe ich niezmiernie skomplikowane wnętrze przykrywa prostota obsługi; kilknastoklawiszowa klawiatura telefonu lub wygodny fotel w ICE. A czy żyje się przez to lepiej (prościej)? Nie wiem. Na pewno szybciej.

Siedząc w pociągu starałem się dostrzec granicę belgijsko - niemiecką. Patrzyłem wytrwale w okno w poszukiwaniu czegokolwiek "granicznego"... Tymczasem nagle zmieniły się napisy na stacjach kolejowych i rejestracje na samochodach. To wszystko. Witajcie w Unii Europejskiej.

Wiem czego mi brakuje w Brukseli! Coś mi od początku nie pasowało i w końcu na to wpadłem. Bruksela jest miastem bez rzeki! Wszedzie gdzie do tej pory mieszkałem była. Rzeka dzieli miasto na dwie częsci, a mosty starają się te podziały łagodzić. Rzeka jest osią wokół której miasto się obraca i nad którą się pochyla. Nad rzekę przychodzi się na spacer i na rower. Na grilla i na koncert. Rzeka była pierwszą drogą prowadzącą do miasta. Każde miasto ma opowieści i legendy związane z wodą dzięki której powstało. Rzeka porządkuje, daje punkt (linię?) odniesienia. Trzyma miasto w ryzach, a czasem straszy wylewami. Bruksela nie ma rzeki. Kiedy chodzę po mieście czasem tracę orientację. Muszę wyciągać plan miasta i dłuższą chwilę obracać go na wszystkie strony by zorientować się w kierunkach świata. Szukam jakiegoś charakterystycznego punktu ale na mapie wszystkie budynki i pomniki wygladaja tak samo. Nie mogę po prostu, tak jak zawsze pójść w kierunku rzeki.

wtorek, września 19, 2006

Bez komentarza. Nr 4


Brugge. Sierpień 2006

niedziela, września 17, 2006

Cyclocity

Pamiętacie katastroficzne wizje z książek lub filmów science-fiction, kiedy to w wyniku jakiegoś kataklizmu wielkie miasta pustoszały z dnia na dzień? Sceny na których po szerokich, ruchliwych jeszcze wczoraj alejach walają się tylko stare gazety unoszone wiatrem. Sygnalizacja uliczna co prawda działa, ale nie ma nikogo kto mógłby się stosować do jej wskazań? Ludzie i pojazdy, ruch i hałas - wszystko gdzieś zniknęło...

To co spotkałem dzisiaj na brukselskich ulicach nasunęło mi skojarzenie, z którym się z Wami własnie podzieliłem. Otóż w całym centrum milionowego miasta nie jeździły samochody. A jako, że przyroda nie znosi pustki ich miejsce zajęły rowery - tysiące rowerów! Wielopasmowe aleje wśród wieżowców wypełnione bicyklami i pobrzękiwaniem dzwonków. Czasem gdzieś wśród tego tłumu wystawała sylwetka jeźdźca. Wrażenie budowało głównie zderzenie: tego czego się spodziewałem czyli hałasu silników, zapachu spalin, klaksonów z tym co zastałem czyli stosunkowo cichym i wesołym tłumem rowerzystów, rolkowców i wierzchowców.

Już wyjaśniam. Nie chodzi o jakąś epidemię w wyniku której wymarły samochody, albo ludzie zwariowali i w ciągu nocy zmienili swoje zwyczaje. Nie doszło także do tego, że gwałtowny wzrost cen paliwa zmusił wszystkich do porzucenia motoryzacji. Zamknięto miasto dla samochodów żeby uświadomić jego mieszkańcom problemy ochrony środowiska i fakt, że spaliny są głównym źródłem zanieczyszczeń powietrza. Pomysł wypłynął ponoć od Matki Naszej Unii Europejskiej. Ciekawe, że nie spotkałem nikogo kto by się zżymał, że nie może w niedzielę pojechać na piknik swoim wozem. Cała akcja spotkała się z bardzo ciepłym przyjęciem i szerokim odzewem. Nie przesadzam - mijały mnie dzisiaj w czasie trzygodzinnego spaceru tysiące rowerów. Atmosfera święta udzieliła się szerzej - najróżniejsze organizacje ekologiczne poustawiały to tu, to tam pikiety albo namioty i agitowały. Najczęściej przy muzyce, zabawie i poczęstunku. Nasuwa się pytanie na ile uczestnicy tego panbrukselskiego święta rowerów wezmą sobie do serca potrzebę ochrony środowiska a ile było w tym okazji na niecodzienne spędzenie niedzieli. Zadam sobie to pytanie pewnie jeszcze raz jutro rano kiedy potknę się o wystawiony prosto na ulicę wielki wór ze śmieciami.

Na koniec ciekawostka, od której pochodzi tytuł dzisiejszego wpisu. Miasto Bruksela zorganizowało sieć automatycznych wypożyczalni rowerów. W centrum znajduje się dwadzieścia kilka stacji, czy może lepiej powiedzieć parkingów, z których można pożyczyć albo oddać rower. Wszystko dzieje się w pełni automatycznie. Specjalny parkometr zainkasuje od nas 1,5 euro za tygodniowy abonament i 50 centow za każde pół godziny spędzone na wypożyczonym rowerze. Jak ktoś umie po francusku albo flamandzku to szczegóły znajdzie na http://www.cyclocity.de

czwartek, września 14, 2006

Bez komentarza. Nr 3


Ostenda. Sierpień 2006

niedziela, września 10, 2006

Bez komentarza. Nr 2


Bruksela, Grote Markt. Lipiec 2006

poniedziałek, września 04, 2006

Bez komentarza. Nr 1


Bruksela. Lipiec 2006

czwartek, sierpnia 31, 2006

Een Dag aan Zee

Nad morze! Pogoda taka sobie, ulewa wisi w powietrzu, ale co tam jedziemy. Koleje belgijskie ułatwiły nam zadanie rodzajem promocji, która nazywa się "dzień nad morzem"; koszt podróży z dowolnego miasta w północnej części kraju na wybrzeże i z powrotem w ciągu jednego dnia jest zryczałtowany i to bardzo przystępnie. W ciągu dwóch godzin dotarliśmy do miejscowości De Panne w samym zachodnim rożku kraju tuż przy granicy z Francją. Chciało nam się złotego piasku, fal i horyzontu, ale ze stacji musieliśmy jeszcze dobre pół godziny maszerować. No dobrze - wcale nie musieliśmy bo można na plażę pojechać tramwajem (tak jest, wcale się nie pomyliłem, ale o tym później) ale woleliśmy spacer. Po pół godzinie wiedzieliśmy, że wielka woda powinna być już bardzo blisko jednak jej nie widzieliśmy gdyż widok zasłaniały nam wielopiętrowe hotele wyrastające z ziemi zaraz za krawędzią plaży. Potem okazało się, że nie jest to cechą wybrzeża w De Panne ale w całej Belgii a przynajmniej jego zachodniej części. Wreszcie przez coś w rodzaju łuku tryumfalnego między domami wczasowymi o ośmiu kondygnacjach wmaszerowaliśmy na piękną piaszczystą, szroką i czystą plażę; morze szumiało a jod kręcił w nosie.

Klasycznie brodziliśmy na bosaka w wodzie z podwiniętymi do kolan spodniami i butami w dłoniach uciekając przed co śmielszymi falami w poszukiwaniu miejsca na grajdołek i opalanie. W czasie tego błogiego spaceru wzrosło nasze poczucie bezpieczeństwa, gdyż co jakieś sto metrów stoi pięknie zbudowany i ubrany na czerwono ratownik lub ratowniczka i wpatruje się czujnie w toń. Łamie przy tym wszystkie stereotypy, którymi zdążyliśmy nasiąknąć nad Bałtykiem, względnie oglądając zagraniczne seriale: nie jest pijany, nie otacza go wianuszek wielbicielek (wielbicieli), nie ma gigantycznych piersi i nie biega w zwolnionym tempie.

O. się opalała a ja łaziłem z aparatem po piasku, gdyż w przeciwieństwie do niej, która hebanem swojej skóry przyćmiewa okolicę od słońca nie brązaowieję tylko różowieję, względnie czerwienieję a wtedy trzeba już kwaśnego mleka na oparzenia. Minęły nam w De Panne błogie ze dwie godziny gdy sina chmura nad Francją (w każdym razie z tamtego kierunku) wygoniła nas z grajdołka i nieomal w ostatniej chwili zdążyliśmy przed ulewą kupując bilety na tramwaj do Ostendy. Otóż proszę sobie wyobrazić, że wzdłuż całego belgijskiego wybrzeża od De Panne aż do Kokke jeździ tramwaj. Nie pociąg podmiejski, żadna kolejka - tramwaj. Jak się komuś znudzi jedna plaża to jedzie dwa przystanki na inną.

Droga do Ostendy trwała nieco ponad godzinę, a tam drugi cel wyprawy: wielkie statki - gdyż Ostenda sporym portem jest. Napatrzyliśmy się na okręty i zjedli to o czym każde marzyło (jedno po cichu a drugie głośno): ja frytki z majonezem (dużą tutkę) a O. całą tackę owoców morza. Dałem się przekonać do spróbowania kilku robali, które okazały się wcale smaczne. Takie wyznanie z moich ust kilku czytelników tego tekstu uzna rodzaj przełomu, ale cóż - posłużę się banałem: tylko krowa nie zmienia poglądów.

Każde szanujące się miasto portowe ma molo. Takoż i Ostenda - długie, wsparte na grubych, sczerniałych i obrośniętych skorupiakami palach. Jego koniec zaanektowali wędkarze hurtownicy. Każdy miał przynajmniej po pięć wędek. Balustrada, o którą się opierały wyglądała jak reling statku poławiającego tuńczyki - żadnego okazu jednak przy nas nie wyciągneli.

Wbiliśmy się w miasto, które ani architekturą ani atmosferą nie pociąga. Trafiliśmy na ulicę handlową, która z powrotem zaprowadziła nas nad morze z sinym niebem nad horyzontem. Deszcz znowu nas gonił. Spokojnym krokiem pomaszerowaliśmy więc w stronę stacji kolejowej. Gdy tylko zasiedliśy wygodnie w Intercity do Brukseli w szyby wagonu uderzyły pierwsze krople wody.


Życie wraca do morza? Plaża w De Panne

sobota, sierpnia 05, 2006

Espaces Speculoos

W każdą sobotę lata przed jednym z teatrów w centrum Brukseli występują artyści tak zwani uliczni. Przez cztery godziny na małej scenie otoczonej kilkupoziomowymi ławkami popisy dają klowni, marionetkarze, akrobaci albo i tacy którzy są wszystkim po trochu. Widownię stanowią głównie dzieci, ale rodzice pod pretekstem pilnowania pociech też biją brawo co sił w dłoniach. Dla niektórych ten rodzaj brzydko mówiąc "aktywności estradowej" to zwykłe wygłupy. Mnie jednak zachwyca pan wspinający się na piętnastometrowy słup żeby grać stamtąd na trąbce dla oniemiałej publiczności pod nim. Albo pani, która na początku przedstawienia wydawała się ostatnią fajtłapą a w finale utrzymuje "bez trzymanki" stojącą jej na głowie partnerkę. Do towarzystwa należą także klowni i sztukmistrze. Pierwszy raz w zyciu widziałem na własne oczy słynną sztukę z wyciągnięciem białego królika z cylindra. No przyglądałem się dokładnie i nie wiem za cholerę jak ten gość go tam wsadził. Trzeba podkreślić, że wszystko odbywa się na placu przed teatrem pod gołym niebem, a nie na specjalnie oświetlonej tetralnej scenie z kulisami, zapadniami i innymi schowkami. Ciekawskie dzieciaki nieomal włażą panu magikowi na kolana a on i tak potrafi sympatycznego futrzaka skądś - nomen omen - wyczarować.

Wszyscy sie bawią i krzyczą. Słychać gremialne ochy i piski. Jeśli zawiedzie głośnik to akrobata oprócz stania na rękach śpiewa temat muzyczny, którego nagle zabrakło. Po pokazie na widownie rusza czapka na "co łaska" i publiczność nie skąpi datków przekazując sobie "skarbonkę" między rzędami. Po ostatnim przedstawieniu szkoda odchodzić ale Espaces Speculoos trwają do 9. września - będzie więc jeszcze okazja żeby dać się ponieść cyrkowej atmosferze.


W tle widać ścianę teatru. Scena, na której popisy dają akrobaci, ilozjoniści, klowni i inni wyrośnie między nią a panem z bębnem.

poniedziałek, lipca 31, 2006

Atomium

Dość nieoczekiwanie symbolem Brukseli rozpoznawalnym równie dobrze co Manneken Pis albo Grote Markt stało się Atomium. Twór z pogranicza architektury i rzeźby powstał w 1958 roku z okazji Wystawy Światowej. Pomysł był wówczas bardzo na czasie; panowała powszechna wiara w postęp, a świat stał na progu ery atomowej.

Atomium jest gigantycznym modelem atomu żelaza powiększonym 165 miliardów razy. Składa się z dziwięciu stalowych kul o średnicy 18 metrów połączonych rurami długimi na 23 metry mającymi przedstawiać wiązania atomowe. Całość ma 102 metry wysokości i góruje nad brukselskim krajobrazem. Każda z kul jest zagospodarowana; w najwyższej jest restauracja, w pozostałych wystawy, biura i coś na kształt mikroskopijnego wesołego miasteczka.


Całość robi oczywiście duże wrażenie. Wokół roi się od turystów, każdy zadziera głowę i mruży oczy, gdyż kule lśnią w słońcu i działają jak lustra w których przegląda się okolica. Ja jednak pomyślałem o tym, że prawie pięćdziesiąt lat temu cała ta koloslana konstrukcja miała być pocięta na żyletki jak tylko goście Wystawy Światowej rozjadą się do domów. Tymczasem za dwa lata stuknie jej pięćdziesiątka. Nie mam pojęcia czy twórca projektu pan Andre Waterkeyn zamierzał stworzyć coś trwalszego. W każdym razie nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że patrzę na największą prowizorkę świata...

Atomium było nią jeszcze do początku tego roku. Przez dwa ostatnie lata trwała gruntowna renowacja budowli. Od lutego można zwiedzać jego odmłodzoną wersję.

środa, lipca 26, 2006

Widok z powierzchni i dzwonek do Anioła Stróża

Mam już podstawowe rozeznanie w topologii centrum Brukseli. To co znajduje się w obrębie pierwszej obwodnicy dzieli się na dwie główne części. Dolne Miasto z wąskimi uliczkami, Grote Markt, mnóstwem restauracji i knajp a także podejrzanych zaułków i śmierdzących kątów oraz Górne Miasto z szerokimi alejami, pięknymi budynkami, parkami i parlamentem (belgijskim). Całość jest dostępna na piechotę, mimo że pod spodem kłębi się metro. Z zamiarem obejrzenia z powierzchni okolic, które przemierzam codziennie pod ziemią (Park, Cetraal Station, De Brouckere) wybrałem się w niedzielę na spacer. Dotarłem na dworzec główny, w okolice parlamentu i pobliskiego parku. Niemiłym zaskoczeniem jest panujący powszechnie brud. Ulice są zwyczajnie zaśmiecone. Worki z odpadami wystawia się po prostu na ulicę. Nie widziałem żadnych kubłów czy śmietników w naszym rozumieniu. Trawa w parku była dosłownie pokryta puszkami, butelkami i papierami. Wyglądała cokolwiek jak bulwar wiślany po wiankach. Fakt, że w piątek było święto niepodległości i w parku prawdopodbnie imprezowano ale w tak zwanej stolicy Europy oczekiwałbym, że ktoś to uprzątnie. Tymczasem nie.

Na Grote Markt znalazłem jeszcze jedną ciekawostkę. W murze najbliższego ratusza domu jest coś w rodzaju grobowca czy epitafium; brązowa płaskorzeźba przedstawiająca mężczyznę na marach. Nie udało mi się do tej pory ustalić któż to mógł być. Niezależnie od tego ninejejsze dzieło sztuki ma ponoć dar przynoszenia szczęścia osobie, która go dotknie. Skąd my to znamy... każdy turysta na placu Matejki w Krakowie musi złapać Krzyżaka za palec a na Wawelu dać się namagnesować Czakramowi. Rzym ma swoje usta prawdy a Praga św. Jana Nepomucena na moście Karola. Cechą charakterystyczną macanego brukselczyka jest to, że sam fakt pomacania ma przypomnieć naszemu Aniołowi Stróżowi o jego wobec nas obowiązkach. Nie wiem skąd się bierze ten związek między kawałkiem brązu a niebieskimi mieszkańcami lecz turyści ustawiają się w kolejce żeby przytulić się do ściany i upomnieć o ochronę. Niezależnie od płci, wyznania i koloru skóry.


Sądzę, że pan w prawym dolnym rogu już dawno rozczarował się swoim Aniołem Stróżem. Wziął jednak inicjatywe w swoje ręce i inkasuje drobne w zamian za piosenki i dobre rady. Z tego co zrozumiałem głównie matrymonialne.

poniedziałek, lipca 24, 2006

Światło i dźwięk na Grote Markt

Latem na Grote Markt (lub jak kto woli na Grand' Place) urządzane jest widowisko z rodzaju "światło i dźwięk". Każdego roku przygotowywany jest inny spektakl. Budynek ratusza i cały rynek jest bardzo widowiskowo oświetlany w rytm muzyki płynącej z głośników pochowanych gdzieś po kątach. Wszystko robi duże wrażenie i przyciąga mnóstwo widzów. Na pół godziny przed pierwszym pokazem nie było już mowy o znalezieniu miejsca w którymś z kawiarnianych ogródków. Chętni więc siadają tak po prostu na ziemi, zadzierają głowy i otwierają paszcze ze zdumienia.



W czasie seansu nie robiłem zdjęć tylko gapiłem się na widowisko jak inni. Powyższe zostało uwiecznione trochę wcześniej i pokazuje jak spragnieni wrażeń turyści szlifują własną garderobą brukselski bruk.

sobota, lipca 22, 2006

Mniejszość muzułmańska w Belgii a sprawa polska

Nie wchodząc w niuanse powiem tylko, że spotkałem się wczoraj z Danielem (Krakus pracujący na Tajwanie, przejazdem w Brukseli), który o Belgach i Belgii wie dużo. Skorzystałem z okazji i wypytałem o to co mnie interesuje a Daniel bezinteresownie dorzucił sporo od siebie. Na ten przykład czy istnieje naród belgijski? No do końca nie wiadomo. Na pewno istnieją Walonowie (francuskojęzyczni) i Flamandowie (mówiący po flamandzku, czyli właściwie po holendersku). Nikt nie ukrywa animozji istniejących między nimi. Flamandowie z Antwerpii nie jeżdżą do Brukseli, bo "tam" przecież wszyscy mówią po francusku. Belgia jest krajem o bardzo wysokiej sopie życiowej, która znacznie przekracza unijną średnią. Wskaźnik ten generuje ponoć właśnie flamandzka północ. Z kolej miłościwie nam panujący król Albert II jest tytularnie królem Belgów (a nie Belgii). Jest więc trochę jak w czeskim filmie, nikt do końca nie wie...

Mamy więc trzy języki oficjalne; francuski, holenderski, niemiecki. Ten ostatni używany jest przez sto tysięcy obywateli w kilku gminach na wschodzie kraju. W ostatnich latach wyniknął jednak problem z postulatem by kolejnym oficjalnym językiem został... arabski. Argument jest prosty. W tej chwili statystyki mówią o 600 tysiącach zamieszkałych w Belgii muzułmanach pochodzących głównie z Maroka. Faktycznie jest ich więc prawdopodobnie znacznie więcej. Jeśli więc niemiecki ma status języka oficjalnego to dlaczego nie arabski. Trudno jest wyobrazić sobie króla, który wygłasza orędzie noworoczne po holendersku, francuski, niemiecku i arabsku. Problem jest na razie odsuwany na przyszłość, ale jak długo jeszcze?

Dowiedziałem się także od Daniela skąd taka duża grupa imigrantów z Maroka. Okazuje się, że pośrednio za sprawą Polski. Otóż w latach sześćdziesiątych kiedy powstawało brukselskie metro Belgowie chcieli sprowadzić robodników i personel średniego szczebla na gigantyczną wówczas budowę. W pierwszej kolejności wybrano właśnie Polskę, i z taką propozycją zgłoszono się do naszego rządu. Jednak jak można było przewidzieć żaden socjalistyczny premier czy pierwszy sekretarz nie zgodziłby się by polski robotnik tyrał dla kapitalisty i pomysł spalił na panewce. Wówczas wzrok belgijskich decydentów padł na Maroko. Zaczęło się od sprowadzenia grupy kilkuset robotników i inżynierów. Później grupa ta rozrosła się do kilku tysięcy. Marokańscy budowniczowie metra korzystając z liberalnego wówczas prawa imigracyjnego czym prędzej sprowadzili swoje rodziny wliczając w to ciotki i kuzynów i tak w ciągu czterdziestu lat liczba ta urosła do wspomnianych już 600 tysięcy.

Innym krajem, z którego imigrancji płynęli i płyną do Belgii jest Demokrtyczna Republika Konga, zwana także Zairem lub Kongiem belgijskim. O nich jednak wiem niewiele. Jak się dowiem to napiszę.

czwartek, lipca 20, 2006

Mała belgijska wieża Babel

Czekam niespokojnie kiedy wreszcie temperatura spadnie poniżej 30 stopni. Klimatyzowane biuro zapewnia komfort przez większą część dnia, ale moje nowe mieszkanko poddaje się aurze i nie daje odrobiny wytchnienia. Jedno okno nie pozwala na zrobienie przeciągu. Z resztą na zewnątrz i w środku jest tak samo duszno i gorąco. Nie ma też chyba sposobu żeby wymienić powietrze w metrze. Nie chce nawet zgadywać ile tam może być stopni.

Wczoraj po zmierzchu wybrałem się na spacer w stronę centrum. Okazalo się, że do tutejszego rynku (Grand Place/Grote Markt) potrzebuję 15 minut spokojnego marszu...
Większość napisów na ulicach (nazwy stacji metra, nazwy ulic, ogłoeszenia na słupach) jest dwujęzyczna. Zazwyczaj pierwszy z nich jest w walońskim dialekcie francuskiego a drugi we flamandzkim dialekcie holenderskiego. Zdziwiło mnie to, że nie są to "czyste" odmiany tych języków, tylko ich wersje używane w Belgii. Statystyka mówi, że w całym kraju po walońsku mówi ok. 40% a po flamandzku 60% ludności. Trzecim językiem oficjalnym jest niemiecki, którym posługuje się jednak zaledwie 1% mieszkańców. Nazwy są często zupełnie do siebie niepodobne. Na przykład moja Rempart des Moines to po flamandzku Papenvest. Prawie wszyscy całe szczęście mówią jednak po angielsku włączając w to pracowników metra i kasjerów w sklepach. Gdyby nie to byłoby mi chyba troche trudniej :) W Fortis Investments angielski jest uznany za lingua franca i nawet dokumentacja powstaje w tym języku.

Jutro święto narodowe. 21. lipca 1831 roku na tron wstąpił jego wysokość Leopold I, a ja się wyśpię (o ile upał pozwoli) i pozwiedzam trochę więcej.

Kwadrat w Brukseli

oto po dwugodzinnej jeździe na szczocie z czystym sumieniem i spierzchniętymi od Cifa dłońmi zasiadam do komputera żeby napisac do Was dwa słowa z mojego swieżo wynajętego mieszkania w Brukseli. Proszę wziąć kartkę i długopis i zapisać:

Rempart des Moines 27
1000 Bruxelles

Mieszkanko jest malenkie ale przytulne i w bardzo miłej okolicy. Do scisłego centrum miasta można podobno dotrzeć na piechotę w kilkanście minut co mam zamiar sprawdzić w czasie weekendu. W pobliżu jest wszystko czego potrzeba gastarbeiterowi; knajpa z piwem, chińska
restauracja, pralnia samoobsługowa, sklep spożywczy i stacja metra.

Do pracy metrem jadę około piętnastu minut, wliczając podróz na 27 piętro gdzie znajduje się biuro w którym siedzę. Na razie nie mam jeszcze uprawnień, żeby włączyc komputer i cokolwiek zaprogramować, wiec czytam mnóstwo dokumentacji i innych papierów, które skutecznie mnie usypiaja :) Jeszcze się ze mnie zrobi kawiarz w tej Brukseli.

Gorąco! Podobno jutro ma być 38 stopni. Poruszając się po mieście wybieram zacienioną stronę ulicy. Żar spada z nieba i wali po głowie. Dzięki Bogu czasem zerwie się jakiś wiatr.

Szczególnych przygód nie przeżywam na razie. Moze poza kontaktem z turecka agencja wynajmującą mieszkania. Państwo są dość zapobiegliwi i żeby w końcu zasiąść przed agentem i zacząć wypytywać o warunki i ceny trzeba sie zameldowac domofonem w dwóch miejscach a potem jeszcze pokazać przez szybkę. Jak juz Cię sprawdzą audio i video możesz dostąpic zaszczytu bezpośredniej rozmowy by dowiedzieć się, że wysokość kaucji nie jest negocjowalna a najchętniej to wszystko załatwiane jest w gotówce. Koniec jednak wieńczy dzieło i dzisiaj około dziewiątej rano wymieniłem pokaźny plik euro na klucz do mieszkania oraz umowę najmu (po francusku:)). Musiałem dołożyć jeszcze trochę na mopa, ścierki, cifa, wuce-kaczkę i tego typu utensylia, bo turecka firma nie widzi konieczności sprzątania mieszkań między lokatorami :) (18. lipca 2006)